Firmy potrzebują kapitału, aby rozpocząć działalność, a następnie jeszcze więcej, by się rozwijać. Pieniądze te mogą pochodzić zarówno z prywatnych zasobów przedsiębiorców i ich rodzin, jak również z banków, funduszy venture capital, ale na pewnym etapie rozwoju źródła te zazwyczaj przestają wystarczać. Poza tym nadchodzi czas, kiedy założyciele chcą zrealizować dochody z inwestycji poprzez sprzedaż swoich udziałów.
Jeden z popularnych sposobów zwiększania kapitału opracowali Holendrzy na początku siedemnastego wieku. Osoby finansujące przedsięwzięcie otrzymują pokwitowanie potwierdzające, że w zamian za ich fundusze uzyskują część przedsiębiorstwa, że posiadają udział w biznesie (stąd nazwa „udziałowiec”). Dlatego nie są wierzycielami – są współwłaścicielami firmy. Jeżeli wyemitowano 100 000 akcji, a ktoś posiada 10 000 z nich, to jest właścicielem jednej dziesiątej przedsiębiorstwa. Oznacza to, że prezes firmy, dyrektor zarządzający oraz pozostała część zarządu są pracownikami udziałowców, podobnie jak szefowie zespołów i szeregowi pracownicy. Status akcjonariusza daje różnego rodzaju przywileje, włączając w to prawo do powoływania członków zarządu oraz audytorów. W zamian za ryzyko związane z zaangażowaniem swoich pieniędzy, akcjonariusze dobrze prosperujących spółek otrzymują część dochodu w postaci dywidendy. Problem pojawia się, kiedy inwestor zechce wycofać wyłożony kapitał.
Pomimo częstych zapewnień osób zawodowo zajmujących się rynkiem papierów wartościowych, że inwestycje na rynku giełdowym to bezpieczny sposób pomnażania oszczędności z odroczonym, długoterminowym zyskiem, praktyka pokazuje, że nie wszystko wygląda tak, jakby się mogło wydawać. Nie chodzi tu o prawnie wymagane zastrzeżenia, drukowane małą czcionką pod każdym ogłoszeniem o sprzedaży akcji czy na dokumentach, umieszczane tam by ostrzec potencjalnych inwestorów, że ceny walorów mogą pójść zarówno w górę, jak i w dół – zdaje sobie z tego sprawę każdy, kto ma dość rozumu, żeby zasznurować sobie buty. Rzecz w tym by pamiętać, że za każdą solidną, dopracowaną w detalach propozycją biznesową, podaną w aurze pewności i bezpieczeństwa, kryje się element hazardu. Jedyna różnica jest taka, że aby mieć pewność wygranej w prawdziwych grach hazardowych, trzeba być właścicielem kasyna lub krupierem, podczas gdy na rynku papierów wartościowych perspektywa zysku, jeżeli inwestuje się rozważnie, jest dość prawdopodobna, zaś możliwość całkowitej przegranej stosunkowo mała.
Jako że cena wykupu obligacji jest ustalona już w chwili emisji, to kiedy jej notowania idą w górę, wówczas dochodowość spada. Jeżeli więc kupuje się brytyjską obligację o nominalnej wartości 100 pensów (jest to oczywiście l funt, ale brytyjski rynek papierów wartościowych woli podawać ceny w pensach), z odsetkami ustalonymi przy emisji na poziomie 10%, zaś bieżąca cena obligacji osiągnęła 120 pensów, to bieżąca rentowność wyniesie 8,3% (10 pensów jako procent aktualnej kwoty notowania, czyli 120 pensów). Jeżeli cena spadnie następnie do 80 pensów, to stopa zysku zwiększy się do 12,5% (10 pensów odsetek wobec ceny 80 pensów). W obrocie giełdowym znajdują się także różne inne rodzaje obligacji, których ryzyko jest tylko niewiele większe od obligacji rządowych. Należą do nich obligacje emitowane przez władze lokalne, a także rządy innych państw. Nie jest trudno określić stopień ich ryzyka. Jak wielkie jest prawdopodobieństwo, że lokalne władze brytyjskie odmówią obsługi odsetek lub staną się niewypłacalne? Czy może się zdarzyć, że rząd Francji lub Niemiec nie będzie w stanie uregulować swoich zobowiązań w przewidywalnej przyszłości? Jednak trzeba również przyznać, że można się pomylić, czego dowiedzie każdy kolekcjoner niewykupionych obligacji. Rządy Chin, carska Kasja, amerykańskie rządy stanowe z okresu Wojny Secesyjnej, przedsiębiorstwa latynoamerykańskie itp. – wszystkie one wyemitowały pięknie zdobione obligacje, które teraz używane są do robienia abażurów luli jako dekoracja w ramkach do eleganckich toalet, ponieważ nigdy nie zostały wykupione.
Istnieje długa lista obligacji rządowych, będących w obrocie, które mają różne terminy zapadalności. Można je podzielić na trzy kategorie: krótkoterminowe – z terminem wykupu poniżej pięciu lat, średnio-terminowe – pomiędzy pięć a piętnaście lat i długoterminowe – z zapadalnością powyżej piętnastu lat. W prasie brytyjskiej ceny obligacji podawane są w tabelach na stronach notowań dokładnie w takim podziale. Zestawienia te przedstawiają dwie kolumny zatytułowane „rentowność”. Pierwsza z tych kolumn to tak zwana „bieżąca rentowność” (ang. running lub current yield), czyli stopa zysku odsetkowego przy bieżącej cenie z notowań giełdowych. Druga kolumna odnosi się do stopy dochodowości w okresie do wykupu obligacji (ang. redemption yield lub yield to matuńty), w której zawarte są nie tylko przepływy płatności odsetkowych, ale również wartość tego, że obligacje są trzymane do momentu wykupu, kiedy to inwestor otrzymuje kwotę równą nominalnej wartości obligacji – zawsze równo 100 funtów [w Wielkiej Brytanii - przyp. tłum.]. Dlatego te dwie kolumny różnią się. Jeżeli bieżąca cena obligacji jest niższa od ceny nominalnej, to rentowność w okresie do wykupu (ang. redemption yield) jest wyższa niż stopa bieżącego zysku, ale jeżeli cena bieżąca jest powyżej ceny nominalnej wykupu (co generalnie oznacza, że jest to wysoko oprocentowany walor), to przy wykupie odnotowana zostanie pewna strata, zatem stopa zwrotu (w okresie do zapadalności) będzie niższa.
W okresie II Rzeczypospolitej, po odzyskaniu niepodległości, cele emisji papierów wartościowych często związane były z odbudową różnych gałęzi gospodarki. Wśród emitentów z tamtego okresu znajdziemy cementownie, producentów jedwabiu i porcelany, browary, cukrownie, spółki chemiczne i zbrojeniowe, elektryczne, czy domy handlowe. Emisje z tamtego okresu wspomagały też duże projekty, jak na przykład budową kolei dalekobieżnych Lwów-Czerniowce-Jassy oraz Warszawa-Wiedeń, czy też elektrycznej kolei podmiejskiej Warszawa-Młociny-Modlin. Emisje finansowały powstanie wielu instytucji finansowych, artystyczno-kulturalnych (np. Filharmonii Warszawskiej w 1930 r.), a nawet uzdrowiska Jurata na Półwyspie Hel (akcje z 1930 r.). Rządowe emisje bonów i obligacji miewały także charakter nie tytko inwestycyjny, ale także patriotyczny: za obywatelski obowiązek uznawano na przykład wykupienie trzyprocentowego Bonu Obrony Przeciwlotniczej Rzeczypospolitej Polskiej, którego emisja została przeprowadzona tuż przez wybuchem wojny w 1939 r. Warto podkreślić, że dawne polskie papiery wartościowe, szczególnie emitowane w okresie dwudziestolecia międzywojennego, obok walorów inwestycyjnych, uznawane były za jedne z najpiękniejszych w Europie i obecnie są ozdobą wielu kolekcji. Stało się tak miedzy innymi dzięki szczególnej dbałości o szatą graficzną akcji i obligacji, jaką przywiązywano w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych (PWPW) w Warszawie, a także dzięki wysiłkom pracowni znanych ówczesnych plastyków, takich jak Józefa Mehoffera w Krakowie czy Zofii Stryjeńskiej w Warszawie.
Wygląd emitowanych dawniej brytyjskich obligacji rządowych o złoconych brzegach został ugruntowany w ich potocznej nazwie „gilts”. W polskim żargonie finansowym nie mamy podobnego odpowiednika, ale historia polskiego rynku papierów wartościowych jest równie ciekawa. Jedną z pierwszych w Polsce akcji emitowanych do szerszego grona inwestorów (w tym wypadku szlachty, bankierów i kupców) była akcja dywidendowa Kompanii Manufaktur Wełnianych z 1768 roku. Za pierwszy papier państwowy można uznać wspomnianą już obligacją królewską Stanisława Augusta Poniatowskiego z 1782 roku, która miała pomóc w realizacji reform gospodarczych. Pierwszą giełdą, która działała aż do wybuchu II wojny światowej, utworzono w 1817 roku w Pałacu Saskim w Warszawie. Początkowo handlowano na niej głównie wekslami, listami zastawnymi i obligacjami i dopiero pod koniec XIX w. rozwinął się, na szersza skale obrót akcjami. Na rozwój rynku kapitałowego w Polsce, a także atrakcyjność papierów jako lokaty kapitału bardzo istotny wpływ miała reforma walutowa W. Grabskiego w latach 1925-1939, a także kompleksowe uregulowanie zasad funkcjonowania spółek akcyjnych w kodeksie handlowym 2 1934 roku.

